Wspomnienia Władysława Radwana

Moje przeżycia wojenne

Różne chwile historyczne rozgrywały się na ziemiach polskich. Sięgając wstecz aż do chwil obecnych przesuwają się przed oczyma naszemi podobnie jak w kalejdoskopie różne obrazy. Jedne z nich pełne grozy, rozpaczy – inne znów chwile jasne, promienne napawające dumą i radością serca Polaków. Bo też Polska jest krajem, na który od zarania jej istnienia nienasycone i chciwe ręce łupieżców są wiecznie wyciągnięte, by usunąć ją z mapy Europy i położyć jej kres istnienia. O dziejach jej przeszłości czytamy aż do chwil obecnych. Po kilkunastu zaledwie latach w Wolnej Ojczyźnie – nadeszły chwile, których świadkiem jest pokolenie współczesne – między nimi i ja.

W dniu 1 września 1939 r. w godzinach rannych przejechało nad naszym terenem kilkanaście samolotów wojennych, których pojawienie się wywołało niesamowite wrażenie. Był to pierwszy dzień wojny. Szalony popłoch powstał wśród ludzi. Zdawało się, że to dzień sądny. Tłumy ludzi wraz z dziećmi i całym dobytkiem dniem i nocą pędziły w zaślepieniu nie wiedząc gdzie i po co. Udzieliło się to także i nam. Postanowiliśmy uciekać, dokąd nas nogi poniosą. O godzinie 4 – rano zbudził nas płaczliwy głos wujka, „To jeszcze śpicie? – Całe miasto puste pakujcie wszystko tylko prędko, bo wojska niemieckie już pod Kętami.”

Włosy stanęły mi dębem na głowie. W domu powstał wielki płacz – lament. Zaczęliśmy na galop wszystko pakować na wóz. W niespełna godzinę dom nasz wyglądał do niepoznania. Z płaczem opuściłem rodzinne miejsce. Miejsce teraz zająłem w wozie przy dyszlu (konia nie było). Ciężko było ruszyć z miejsca, – ale z pomocą Bożą ruszyliśmy w nieznane. Ciężka i żmudna to była wędrówka. Ledwie ujechaliśmy 3 km – słyszymy – „nalot”. Smutny to był obraz. Jak tylko, kto mógł to uciekał. – Jedni plackiem leżeli w burakach – inni we fosie. Kuzynka z siostrą obłapiły starą lipę wzdłuż szosy i tuliły się do niej, obłapiając ją na przemian. Ponieważ jechały nas 3 rodziny razem, więc w czasie nalotu trudno było o każdym pamiętać. Ofiarą tej naszej niepamięci był 2 – letni Tadzio, o którym zapomnieliśmy zostawiając go na wozie. Gdy z kuzynem leżeliśmy we fosie słyszę: „O lany Bośkie bombowcie jadą”. Zerwałem się i ostatkiem sił ściągnąłem go z wozu i schroniliśmy się pod drzewo. Podczas tego nalotu zgubiliśmy tatusia. I tak, co jakiś czas, przerywały nam podróż ustawiczne przeloty samolotów. Z trudem wielkim przybyliśmy na godzinę 12 w nocy do Tłuczani, szukając miejsca, by pod jakimś dachem znaleźć schronienie. Dobrzy i litościwi ludzie przyjęli nas na nocleg do stodoły. Ani jeden z tułaczy naszych oka nie zmrużył, a to z powodu nieustannych strzałów – ruchu – krzyku uciekinierów. Rankiem o godzinie 5 – ej udaliśmy się w dalszą drogę. Droga ta była stokroć gorsza od poprzedniej. Posuwaliśmy się równocześnie z wojskiem. Nieustanne naloty i ucieczka przed nimi, odebrały nam resztki sił. Znużeni – stojący ledwie na nogach przybyliśmy do Skawiny w chwili, gdy nieprzyjacielskie samoloty bombardowały miasto. Straszny obraz rozpościerał się przed naszymi oczyma. Widziałem palące się domy – rannych żołnierzy i ludzi cywilnych. Niedaleko nas na wzgórzu płonęły 2 kościoły. Największy dreszcz przejmował mnie, gdy widziałem stada bydła pędzącego z rykiem.

Ponieważ nieprzyjaciel posuwał się dość prędko, – przeto postanowiliśmy jechać całą noc bez odpoczynku. Były chwile, w których zdawało mi się, że już dalej nie pójdę, bo siły i nogi odmówiły posłuszeństwa. Uciekaliśmy nie wiedząc, dokąd byleby być jak najdalej od frontu – krzyku i huku armat. Najwięcej odczułem z całej tej ucieczki uciążliwą drogę przez Puszczę Niepołomicką. Wóz nasz ciężki, co chwilę grzązł w piaskach, nie mogliśmy ruszyć z miejsca – a tu noc nadchodzi. Strach przejął mnie do szpiku kości. Drogi nie znamy, – co kilkadziesiąt metrów stawaliśmy – by, choć troszkę odpocząć i zaczerpnąć nowych sił. Huk armat stawał się coraz potężniejszy i bliższy. Wielka łuna nad Bochnią przenikała w głąb puszczy – siły malały a końca drogi nie widać. Postanowiliśmy zawrócić z powrotem i w leśniczówce zostać na nocleg. Ponieważ w leśniczówce było kilkadziesiąt osób w podobnym położeniu, co my, – przeto było nam trochę milej tu przebywać podczas nocy. O północy kilkunastu mężczyzn z uciekających udało się na rowerach na wywiad, jak daleko puszcza się ciągnie – i czy można uciekać dalej. Wrócili dopiero o 2 – ej po północy oznajmiając „Jedziemy! Jedziemy w stronę Wisły do Królestwa! – Ubierajcie się, – ale migiem.” Zziębnięci – wystraszeni i znużeni postanowiliśmy przebyć tak tajemniczą puszczę – docierając rankiem do Mikluszowic[1]. Był to dzień M. Boskiej Siewnej.[2] W wiosce tej był odpust, – przeto udałem się z rodzeństwem do kościoła. W czasie nabożeństwa powstał w kościele wielki popłoch – krzyk. Ludzie zaczęli opuszczać kościół. (Właśnie w tej chwili patrol niemiecka przejeżdżała szosą koło kościoła w stronę Tarnowa. Wielki turkot pojazdów niemieckich spowodował tą panikę). Dopiero głos kapłana wołającego od ołtarza „Nie bójcie się – nie uciekajcie, – jeżeli mamy zginąć to zgińmy tu – w świątyni.” Najwięcej denerwował mnie lud wiejski, te ciemne łby, które za tabliczkę marnej czekolady wskazywały nieprzyjacielowi drogę bliższą – i udzielały informacji w pochodzie na Tarnów. Były momenty, w których zgrzytałem ze złości i chciałem pomścić się na nich, lecz byłem bezsilny. Do dziś lud ten budzi we mnie wstręt, niechęć i brak zaufania. Jest to lud, którego charakter można opisywać w tomach.

Po mszy św. udaliśmy się do domu. Wracając do domu objął mnie strach na widok Niemca jadącego konno, który w jednej ręce trzymał rewolwer a w drugiej orientacyjną mapę. Podobnych takich widziałem, co parę kroków.

Ponieważ patrol niemiecka zaszła nam drogę, – więc nie mogliśmy myśleć o dalszej ucieczce. Zostaliśmy dla odpoczynku 3 dni w tej wiosce. Po 3 dniowym odpoczynku udaliśmy się w powrotną drogę. Ciężka to była droga – mosty zupełnie zniszczone. Czasem godzinami staliśmy bezradni szukając przejazdu. Po drodze widzieliśmy skutki bombardowania. Zgliszcze domów, szczątki ubrań ludzkich wiszących na drzewach, tu i ówdzie koń wyciągnięty – świadczyły o niesamowitej tragedii, jaka się rozegrała w tej okolicy. Po tak ciężkiej i przykrej ucieczce dojechaliśmy do domu. Wielka radość zapanowała wśród nas na widok Ojca, który wyszedł naprzeciw nas. Mądry był, – bo zaraz po pierwszym nalocie wiedziony jakimś głosem wewnętrznym wrócił do domu – zdrowo i cało.

Smutne były dni pierwsze po powrocie. Miasto opustoszało – sklepy zrabowane i zamknięte. Gdy zobaczyłem znajomych to cieszyłem się jak dziecko – ich widokiem – tak jakbym ich przeszło 1000 lat nie widział. Teraz czuję się trochę inaczej, bo chodzę do szkoły, za którą tak bardzo tęskniłem. W gronie kolegów dzielimy niedolę naszą i wierzymy w lepsze jutro, – które niewątpliwie nadejść musi i nadejdzie.

Władysław Radwan, kl. III A


[1] Mikluszowice to wieś leżąca obecnie w gminie Drwinia, w powiecie bocheńskim (województwo małopolskie).

[2] Święto Matki Boskiej Siewnej (czyli Narodzenia Najświętszej Marii Panny) przypada 8 września.

Tags: , , , ,

Napisane 12 listopad '09 by admin, kategoria Bochnia, Skawina, Tarnów, bombardowanie, działania wojenne, ucieczka ludności cywilnej.

1 Komentarz do “Wspomnienia Władysława Radwana”

[...] Wychowankowie gimnazjum i liceum w Wadowicach widzieli upadek państwa, przeżyli bezpośrednie działania wojenne oraz wzięli udział w masowej ucieczce mieszkańców Wadowic na wschód. Można zauważyć, że nauczyciele ci nie tylko poprosili o wspomnienia, ale również zachowali się jak psychologowie, którzy chcieli pomóc uczniom w uporządkowaniu własnych wrażeń i traumatycznych przeżyć. Wypracowania te cudem przetrwały 70 lat leżąc na półce w zapomnieniu. Teraz pieczołowicie przepisane są dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Mnie najbardziej w tych wypracowaniach przeraża moja własna świadomość tego, co czekało Wadowice i Polskę przez kolejne sześć lat wojny. Moje przeżycia wojenne były bardzo urozmaicone. Dzień przed wojną zaczęła się ewakuacja Sądu, Urzędu Skarbowego, Inspektoratu i innych urzędów. Patrząc na to wszystko, przykro mi się zrobiło, że wszyscy opuszczają piękne miasto Wadowice. Więc prosiłem tatusia, żebyśmy również wyjechali. Tatuś początkowo nie chciał mnie wysłuchać lecz w końcu dał się uprosić i kazał się pakować. Bardzo ucieszyłem się i pakowałem moje manatki tj.: książki, mundur harcerski, laskę i wędki. Dzień wyjazdu został wyznaczony na drugi dzień rano. Już całą noc nie spałem, gdyż śniłem tylko o jutrzejszej podróży. (Wspomnienia Zdzisława Jurkowskiego) Kilka godzin, które czekaliśmy na odjazd pociągu przesiedzieliśmy w rowach pod drzewami. Po południu wyjechaliśmy z Bieżanowa. Na pociąg były ciągle naloty. Lotnik niemiecki rzucił kilka bomb za stację Rudna Wielka[1], które upadły koło toru. Odłamki ich zabiły trzech ludzi, a trzech poraniły. Usłyszawszy warkot samolotu maszynista pociąg zatrzymał, a ludzie jadący tym pociągiem rozbiegali się, bojąc się bombardowania pociągu i kryli się w ziemniakach, w trawie lub pod drzewami, by lotnicy nie strzelali do nich z karabinów maszynowych, co zawsze czynili widząc uciekających. (Wspomnienia Stanisława Czaderskiego) Smutne były dni pierwsze po powrocie. Miasto opustoszało – sklepy zrabowane i zamknięte. Gdy zobaczyłem znajomych to cieszyłem się jak dziecko – ich widokiem – tak jakbym ich przeszło 1000 lat nie widział. Teraz czuję się trochę inaczej, bo chodzę do szkoły, za którą tak bardzo tęskniłem. W gronie kolegów dzielimy niedolę naszą i wierzymy w lepsze jutro, – które niewątpliwie nadejść musi i nadejdzie. (Wspomnienia Władysława Radwana) [...]

Napisz komentarz